Chlodny jesienny deszcz walil mocno o dach. W izbie bylo duszno i mroczno. Lezeli oboje dyszac, spienieni, radosni. Ona byla wyjatkowo szczesliwa bo wiedziala ze maja jeszcze co najmniej kilka godzin zanim maz wroci…
Pochylil sie nad cialem i dzgnal je jeszcze kilka razy nozem. Porozcinal kieszenie i wybebeszyl plecak. Przetrzasnal rzeczy zbierajac wszystko co cenne. Zerwal z uszu kolczyki i wytarl ostrze o material. Rozejrzal sie niespokojnie po zaulku, wywinal zakrwawiony plaszcz na druga strone, opatulil sie nim szczelnie i pewnym krokiem jakby nigdy nic wyszedl z zaulka. W domu ledwo zdazyl wyprac ubranie z krwi gdy weszla ona. -Ah! kochanie! ale mialem paskudny dzien… – spokojnym glosem rzucil bez obracania sie za siebie.- te pacany w urzedzie… ile ja sie musze uzerac z glupia papierkowa robota! Slowo daje gdyby nie to ze czasy sa ciezkie rzucilbym to w cholere!
Usmiechnela sie tylko lekko.
Siedzacy w celi i zawiniety w kaftan mezczyzna zasmial sie znow oblakanczo. Wsluchany we wrzaski nie przejmowal sie juz tym ktore dochodza z jego glowy a ktore z otoczenia. Podbiegl do okna i wrzasnal: ON WROCIL!
-Panie doktorze… oni sa wszyscy jacys niespokojni dzis…
-Spokojnie… prosze podac im dzis po prostu wiecej pigulek…
Mezczyzna w szarej todze spojrzal z gory na miasto.
Te male ludziki jak mroweczki… Kloca sie, zloszcza, klamia, morduja… Kazdy ze swoimi sekretami, kazdy z wlasnymi powodami. A teraz jeszcze on jest tam miedzy nimi! Wreszcie!
